Mamy pomysl na przeniesienie serwisu, jest szansa ze wszystko zostanie bez zmian, w cišgu kilku najbliszych dni moga pojawic sie przerwy techniczne, caly czas dzialamy.
BIELKI, HISTORIA, WYDARZENIA, OPINIE
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Linki
Kategorie Newsów
Download
FAQ
Kontakt
Szukaj

OPOWIADANIA
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 51
Najnowszy Użytkownik: nowy
OPOWIADANIA
OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
okładka 1
Kiedy po 70 latach od wybuchu drugiej wojny światowej niemieckie organizacje starają się o status pokrzywdzonych i wypędzonych, to jak nazwać losy tych ludzi, których zapamiętała dziesięcioletnia dziewczynka. Wspomnienia te opowiedziała, nieżyjąca już osiemdziesięcioletnia Anna Jątczak, urodzona i mieszkająca do roku 1960 we wsi Bielki Gmina Topólka
A Jątczak
CZĘŚĆ PIERWSZA
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@
Mam 80 lat, moje miejsce urodzenia i zamieszkania było w małej wiosce Bielki koło Topólki, gdzie był urząd gminny i nowo wybudowana szkoła. Moi rodzice pracowali na 12 ha gospodarstwie, miałam rodzeństwo, pięciu starszych braci: Stanisława ,Antoniego, Zygmunta, Czesława i Janka. Jako najmłodsza w rodzinie zaczęłam chodzić do szkoły w 1936 roku, poszłam od razu do drugiej klasy, ponieważ dzięki mojej mamie i wyjątkowym zdolnościom wszystko z pierwszej umiałam. W chwili wybuchu wojny miałam skończone dziesięć lat. Może właśnie dlatego Pan Bóg zachował mnie przy życiu i obdarzył dobrą pamięcią, abym o tym wszystkim opowiedzieć mogła. Na początku chcę wspomnieć o czasach przedwojennych. Moi rodzice Jan i Helena Wojtysiak zd. Wawrzyniak
Jan i Helena
Mieszkali na Bielkach od 1912 roku. Żyło od dawna wśród nas trzech niemieckich gospodarzy: Kin, Cholewicki i Kamiński. Była zgoda międzysąsiedzka, ich dzieci chodziły razem z nami do szkoły, nikt nie robił żadnego wyróżnienia. A ten, który był najbliższym sąsiadem mojego ojca, przyszedł raz w nocy, zapukał do okna i prosił: „Sąsiedzie, pożyczcie pieniędzy, bo mi żona chora, jedzie do szpitala.” Mój tata od razu mu pożyczył, bez żadnego pisma. Chociaż trzeba przyznać uczciwie, oddał, czego nie można powiedzieć o niektórych Polakach, co zdarzało się, że do śmierci nie oddali…Drugi z Niemców miał czterech synów. Byli oni dużo starsi ode mnie, gdyż najmłodszy z nich chodził z moim, o dziesięć lat starszym, bratem do szkoły. A trzeci z tych niemieckich gospodarzy, Kamiński, miał małe gospodarstwo i hodował krowy. Był również uczciwym człowiekiem. I jeszcze pamiętam, że do mojej klasy chodziło dwóch braci niemieckich ze Świerczyna. Byli oni wyznania ewangelickiego. Jak była lekcja religii, to kierownik im mówił, że jak chcą, mogą wyjść albo słuchać, bo ich nie obowiązuje, lecz była zgoda i nikt ich za to nie prześladował. Wszystko się zmieniło, gdy nadszedł dzień 1 września 1939 roku. Poszliśmy do szkoły, był to dzień uroczysty, nastąpiło otwarcie nowej szkoły. Budynek liczył 6 sal lekcyjnych. Wielką radość dzieci z nowej szkoły zburzyła wiadomość o wybuchu wojny. Zebraliśmy się w klasie z panią wychowawczynią Stanisławą Kulejewską, przyszedł kierownik szkoły Jan Bloch i powiedział: „Jest wojna z dziesięciokrotnie silniejszym najeźdźcą. Będziemy ewakuowani”. Kazał nam wrócić do domu. Nie było mowy o żadnej samoobronie albo o jakimś prześladowaniu ze strony Niemców. A na drugi dzień, od wczesnego rana pojawili się uciekinierzy z większych miast, takich jak Poznań, Nakło, Chojnice i Bydgoszcz. Byli przerażeni, mówili, że „tutejsi Niemcy należą do jakiejś nazistowskiej partii, która morduje potajemnie wszystkich”. Wtedy to zrobił się wielki popłoch, kazali ludzie uciekać nie wiadomo gdzie i dokąd. Na wioskach całe noce nie spano, aż przyszło wojsko i polskie dowództwo rozkazało opuszczać gospodarstwa. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Wojsko i ludność cywilna, konie, wozy, ryk bydła.
 Ucieczka
Wszystko to pomieszało się z wojskiem. Był to istny sądny dzień, przepowiadany przez wróżbitów nie do opisania…! W tym okropnym zamęcie znajdowali się moi rodzice i sąsiedzi. Nasza grupa kierowała się polnymi drogami, na las do Sarnowa, a inni jechali szosą na Kutno. Wtedy to nadleciały samoloty i zaczęły polować na uciekinierów, z karabinów maszynowych Niemcy strzelali na te wozy i na tę biedną ludność, która niczemu nie była winna, bo kto z biednych ludzi chciałby wojny… Nasza grupa dojechała do zarośli i tu również nadleciały myśliwce. Zaczęto strzelać, ale dzięki Bogu nikomu nic się nie stało. Wracaliśmy z powrotem po trzech dniach. Most był zerwany, trudno było przeprawić się przez małą rzekę, Zgłowiączkę, więc zakładali drugą parę koni i sobie poradzili, bo mój tata z bratem miał dobre konie i wszystkim pomagał. Ale ci, co jechali w kierunku Kutna, to wracali po dwóch tygodniach lub dłużej. Również mój brat najstarszy Stanisław dotarł do nas w połowie września. Był żonaty, miał dwójkę dzieci i pracował jako szwajcar* niedaleko Inowrocławia. To na rowerach z bagażami i z dziećmi musieli się przeprawiać - najgorzej było przez Mątwy, bo samoloty do ludności cywilnej strzelały, więc musieli się kryć w plantacjach kukurydzy, w burakach, czy też w redlinach kartofli. Jeden z chłopców miał przeszło cztery lata, do dziś pamięta te przeżycia, to mu aż tak w pamięci zostało. Byli tacy zmęczeni, przez tyle dni po polach spali i polami się przedzierali. Pozostali u nas do początku października, potem ich odwiózł końmi, brat Zygmunt, bo Stanisław musiał wracać do pracy. A drugi z braci Antoni, to akurat pełnił służbę wojskową i poszedł od razu na front - na pierwszy ogień, więc przeżył najgorsze piekło. Bili bezlitośnie z ziemi i z góry! To nie do opisania! Bo pod koniec października jeden wojskowy z jego kompanii, jakimś cudem wrócił, w cywilne rzeczy się przebrał i doniósł nam, że widział, jak mojego brata bomba rozerwała. To był szok dla mojego taty, nie mógł jeść, nie spał, płakał po nocach, bo załamał się . Nie chciał iść do lekarza, popadł w jakąś chorobę i zmarł 12 listopada. Ja również to wszystko bardzo przeżyłam, straciłam ojca i brata, najdroższe mi osoby. Mimo że rok szkolny się rozpoczął, to nie było dla nas szkoły, a tak bardzo chciałam się uczyć. Ta, która istniała, była tylko dla Niemców i dla tych, co im służyli. Po wybuchu wojny wójtem został Kin, Niemiec, były sąsiad mojego taty. Natomiast sołtysem, syn Cholewickiego. Po przejęciu władzy w gminie przez okupanta, zmienił się radykalnie stosunek miejscowych Niemców do Polaków. Kiedyś z moim bratem byli kolegami, a teraz przyszli odebrać mu jego własność, zabrać mu rower. Miał taki wyjątkowy, który sam sobie złożył z części. Brat chciał z nimi porozmawiać po ludzku, ale ten krzyczał na niego: „Zamknij się, bo dostaniesz po mordzie”. Chcieli nawet go bić! Tak to się wszystko od razu zmieniło…Wójt wydał rozkaz, aby dawać coś na złom, przyszedł niemiecki sołtys i odkręcił nam klamki od drzwi, takie żółte, mosiężne. Trzeba było kupić i założyć zwykłe. Potem jeździł hycel z rozkazu Niemców, łapali i zabijali psy. A mój brat najmłodszy, Janek, wziął na ręce tego większego i malutkiego pieska i uciekł nad rzekę. A im powiedzieliśmy, że nam zdechł. Nie wierzyli i poszli go szukać, ale nie znaleźli. Grozili więc, że będzie kara, jednak obeszło się bez niej. Niedługo potem, w maju, przyszło wysiedlenie i to tak podstępne. Sołtys ogłosił, że jutro z rana przyjdzie dwóch wojskowych na kwaterę i drugi rozkaz, że jutro od 6 rano mają się stawić z końmi na komisję do Topólki. Więc rano przed szóstą, dwóch braci Zygmunt i Czesław wzięło dwa konie powyżej dwóch lat i poszli. Został roczny źrebak, mały dwumiesięczny, mój. Najmłodszy brat miał wtedy 13 lat. Ja i mama szłyśmy akurat doić krowy, a tu idą żandarm i granatowy policjant, myśleliśmy, że to na kwaterę, ten granatowy umiał po polsku. Mówi do mamy „pani jest wysiedlona”, a mama zaczęła płakać, osunęła się na cembrowinę* przy studni, a on mówi – „Niech pani nie płacze, ma pani 20 minut, żeby się szykować, a gdzie konie?” Gdy dowiedzieli się, że w Topólce, wziął brata i poszli po nich. My z mamą miałyśmy się szykować. Ten żandarm, który nie umiał po polsku, chodził za nami i nas pilnował. „Tego nein, tamtego nein!”, więc mama kładła, co mogła i co się dało, a ja trzymałam worki. Gdy wrócili z końmi, mieliśmy cztery worki, kazał napisać adres i zaraz ładowali na wóz. My pojechaliśmy tak, jak staliśmy, bo już nie było czasu się ubierać. Choć było ciepło, ja z mamą wzięłyśmy grube płaszcze na rękę. Odwieźli nas do szkoły w Topólce. Bagaże szły na jedną dużą kupę, a po nas przyjeżdżały samochody i zabierały do przejściowego łagru w Łodzi. Osobno jechały kobiety z dziećmi i osobno mężczyźni. Całą drogę płakałam, nikt nie mógł mnie pocieszyć…Tam na miejscu od razu wzięli nas do łaźni i nas odkażali. Potem wprowadzili na takie duże sale, gdzie były pozagradzane takie kojce, a w nich słoma starta na proch, w której aż się roiło od wszy. Przed nami było już w tym miejscu tysiące ludzi (coś ok. 2 tysięcy), których co noc wyprowadzali na pociąg towarowy. Ładowali ich tam tylu, ilu tylko się zmieściło. My tymczasem zostaliśmy na placu i byliśmy poddani komisji, gdzie dokonywała się selekcja. Odłączali dorosłe dzieci powyżej 18 roku życia. Była też dokładana rewizja. Później wprowadzili nas do góry, na któreś piętro, gdzie na jednej z sal były rewidowane kobiety i dzieci przez niemieckie kobiety. Na drugiej z sal widzieliśmy przez drzwi, w których była szyba, rewidowali mężczyzn. Zabierane było wszystko: złote i srebrne pierścionki, zegarki i inne przedmioty wartościowe, no i oczywiście pieniądze - wtedy były to marki. Tam, przez szybę mama zobaczyła, jak mojego brata biją. Omal nie zemdlała. Później się dowiedziałyśmy, że powodem tego było to, że w czasie tej naszej wędrówki po schodach na górę (starsze kobiety nazywały ją drogą na Kalwarię) schylił się po coś i podniósł. A była to czapka, w której były jakieś tam pieniądze. Obok mnie jedna z Niemek rewidowała moją sąsiadkę. Była biedna, miała sześcioro dzieci, z których najstarsza córka miała 12 lat, była o rok młodsza od mojego brata Janka. Jej rodzina miała tylko 3,5 ha ziemi, którą Niemiec przyłączył do naszego gospodarstwa, które użytkował, by miał więcej ziemi. Ona nie miała pieniędzy, sama to widziałam, jak Niemka pięścią przy twarzy jej groziła i na nią krzyczała: „Oddaj, bo nie wiesz, jak ja biję!” Ale ta nie miała jej co oddać, więc Niemka zabrała jej taką chustkę turecką, były wtedy modne i zaraz ubrała się w nią i paradowała. A ja odczułam lęk i wstręt do tej kobiety bez serca. Miałam w ręku ileś tam „feniongów”*, to też mi je zabrała. Zostaliśmy więc tak, jak staliśmy, bez grosza przy duszy i bez bagaży, bo nasze bagaże za nami nie dotarły. Ludzie się dopytywali, kiedy je dostaniemy, bo nie było nawet koszul na przebranie. I tak byliśmy tam przez 28 dni, ale młodzież to po tygodniu już stamtąd wywieźli na roboty. A było to tak: Zrobili taki szpaler z mundurowych z karabinami, bo matki chciały się pożegnać z dziećmi, ale oni nie pozwalali się zbliżyć. Mojej mamie zabrali dwóch synów, Zygmunta i Czesława
Wojtysiak Zygmunti Czeslaw
a z mojej wioski była kobieta, której zabrali wszystkie dzieci, dwóch synów i córkę. Była już po sześćdziesiątce, rzuciła się na ziemię i płakała. Mówiła, żeby ją lepiej dobili, bo została sama jak palec, bez opieki na stare lata. Moja mama starała się ją pocieszyć, choć sama nosiła w sobie wielki ból. Była może od tej kobiety o 10 lat młodsza. Przygarnęła ją i już od tej pory została z nami jako przybrana babcia na dobre i na złe, bo przecież nie wiedzieliśmy, co się z nami stanie, co z nami zrobią. Ludzie domyślali się najgorszego… --------------------------------------------------------------------------------------- *szwajcar – dawniej: odźwierny, lokaj. *cembrowina – betonowy krąg przy studni * fenig – jednostka monetarna w Niemczech równa jednej setnej marki, (feniong – gwarowo
CZĘŚĆ DRUGA
28 dzień naszego pobytu w tym piekle. Formowali nas do wyjścia, zaopatrując w jeden bochenek chleba na osobę. Był on czarny, podobny do gliny. Nie dali ani kropli wody, nie mówiąc już o kawie, ale to i tak nie było żadnego naczynia. Tego stania na placu było 4 godziny, może i więcej. Dużo kobiet miało małe, płaczące dzieci na rękach, inne zaś modliły się na różańcu. To też, ci którzy nas pilnowali, a umieli po polsku, zaczęli z nas szydzić: „Co wam to pomoże! Tyle Matek Boskich macie i tak was nie obronią!” Takich i innych przykrości musieliśmy słuchać, ale nikt się nie odzywał. Tylko kobiety nie przestawały się modlić… . I tu trzeba się głęboko zastanowić, iż zmęczone, wyczerpane kobiety, wykończone nerwowo i psychicznie, upodlone i dręczone, miały tę moc i siłę niewidzialną, pochodzącą z pewnością z krzyża i z nieba. Na przekór swoim wrogą przetrwały. Chociaż to nie był koniec tej udręki. To był dopiero 1940 rok, pierwszy rok naszej tułaczki. Zaczęło się prowadzenie do pociągu, które trwało więcej niż 3 godziny. Po obu stronach stali karabinierzy i jeszcze, co kawałek był wartownik z psem. Bali się, żeby ktoś nie uciekł, przecież była ciemna noc, a nie znając terenu gdzie mieliśmy uciekać. Widocznie obawiali się, żeby nie rozeszło się na cały świat, co oni z tym biednym narodem wyprawiają! A my czuliśmy się jak najgorsi przestępcy, prowadzeni na stracenie… Gdy dotarliśmy do pociągu, to chodziliśmy od wagonu do wagonu- ładowali ludzi ile się zmieściło
do ocal
Nie wiem ile tych wagonów było, nie mogłam policzyć to mi się w głowie kręciło ze zmęczenia i słabości. Wreszcie do ostatniego wagonu wepchnęli nas wszystkich, bo za nami był już tylko wagon dla żandarmów i strażników. Zaryglowali i zablokowali wszystkie wagony, to też, gdy zbliżała się północ ruszył pociąg na dwa parowozy. My, oboje z bratem stanęliśmy przy okienku na takim pręcie żelaznym, który służył zapewne do uwiązania jakiegoś zwierzęcia. Patrzyliśmy tym wąskim otworkiem na świat- ni żywej duszy, tylko ciemność. Wreszcie znużeni osunęliśmy się na ten pręt i oparci o wagon, który miarowo i dość głośno stukał, drzemaliśmy do momentu aż się rozwidniało… W naszym wagonie jechał taki mężczyzna, którego nikt nie znał. Był sam, nie miał przy sobie rodziny. Był to człowiek bardzo mądry i religijny. To właśnie on, gdy zaczęło świtać zaczął śpiewać, „ Kiedy ranne” i godzinki „O Najświętszej Maryi Pannie”. Śpiewał bardzo pięknie, czym wzbudzał poruszenie. Być może był organistą? Kobiety zaczęły mu wtórować, a wkrótce dołączyli się wszyscy. Było to pokrzepienie dla ducha, dla nas tak uciśnionych i udręczonych. Ten śpiew sprawił, że zapomniało się na chwilę o tym, co nas spotkało. Następnie pociąg stanął gdzieś na jakiejś nie dużej, nie znanej nam stacji, dla uzupełnienia paliwa czy wody. Wszyscy żandarmi wysiedli ze swojego wagonu i usłyszeli nasz śpiew. Wtedy to zaczęli krzyczeć po niemiecku, żebyśmy byli cicho. My nic nie rozumieliśmy, ale owy mężczyzna musiał znać język niemiecki, a przynajmniej rozumiał co mówili. Wcale się nie przestraszył tylko wyjrzał przez ten otwór i powiedział: „Zabraliście nam wszystko, zamknęliście w wagonach jak bydło, nie dacie nawet wody, i tego też nam nie wolno?” Jeszcze cos mówił, ale kobiety okropnie się przeraziły, prosiły, żeby się uciszył, bo nas wszystkich zabiją! Lecz On śpiewał dalej… I o dziwo nic się złego nie stało. Ja w swoim umyśle myślałam, że to nie był zwykły człowiek- tylko sam anioł struż z nieba. Pan Bóg Go zesłał, aby nas wylęknionych podtrzymywał na duchu. No, bo jak można nazwać człowieka, który był taki mądry i odważny? Nie raz z mamą rozmawiałyśmy o tym i nawet dziś chciałabym się dowiedzieć, kto to był? Kim był ten człowiek? Ale niestety nigdy się tego nie dowiem… Tymczasem pociąg stał tam dosyć długo, żandarmi poszli gdzieś, może na jedzenie. Wtedy znaleźli się dobrzy ludzie, którzy podarowali nam w butelkach wodę. Dostaliśmy trzy półlitrowe butelki, ale co to jest na około 30 ludzi, nie do wszystkich starczyło Mój brat troszeczkę dostał, a ja, moja mama i niektórzy starsi ludzie zrezygnowali na żecz innych bardziej zmęczonych i omdlałych. Wreszcie pociąg ruszył i jechał powoli, a ten pan mówił, że jedziemy w województwo kieleckie, i że tam są biedne strony, tereny górzyste. Nam nadzieja wróciła, że będziemy gdzieś tam żyli. Pociąg jeszcze parę razy stawał na bocznicy, czekał aż jakiś inny pociąg przejedzie i tak zeszło do wieczora… Niebawem zobaczyliśmy światła, to było właśnie miasto Kielce. Cały pociąg skierowali do powiatowego miasta Miechów, jechali bardzo powoli, chyba tylko po to, żeby nas rozładować w nocy- bo zbliżała się północ. Pociąg stanął i zaczął się rozładunek, lecz nie dla wszystkich. Tylko cześć ludzi wypuścili, nie wiem dokładnie ile, wiem, że pojechali dalej gdzieś dalej, i tego tajemniczego Pana już więcej nie spotkaliśmy, po prostu jakby zniknął… A tam w Miechowie czekał na nas czerwony krzyż, dawali nam ciepłą herbatę choć nie słodką, ale każdy był bardzo spragniony. Przecież byliśmy zamknięci i zaryglowani w wagonach całe 24 godziny! Brakowało nawet powietrza, bo te otwory w wagonie były bardzo małe. Tam też w polskim czerwonym krzyżu nasi ludzie dowiadywali się o nasze bagaże i Oni w tej sprawie interweniowali do władz niemieckich. Po kilku dniach, gdy już byliśmy w gminie Pilica, otrzymaliśmy odpowiedz, „ że podobały im się wasze majątki i wzięli, tak samo wasze bagaże też wzięli, nie ma czego szukać”. Mimo woli nasuwa się pytanie. Jak można tak skrzywdzić ludzi? Okraść z dorobku całego życia, w jednym momencie zrobić nas żebrakami. To przecież wołało o pomstę do nieba! Ale tej pomsty czy też pomocy nie było znikąd widać… Tam w Miechowie czekali na nas gospodarze z furmankami i zabrali nas na poszczególne gminy. My i cztery znajome rodziny, jak już wcześniej wspomniałam zajechaliśmy do gminy Pilica. Było już późne rano, kiedy właśnie tam czekał na nas wójt i rozdzielał ludzi na poszczególne wioski. Naszych znajomych przeznaczył na dużą wioskę Sławnów. Była to sześcioosobowa rodzina, był w niej mężczyzna po sześćdziesiątce, którego do Niemiec nie wzięli, to też jakąś pracę dorywczą dostał tutaj. A my, czyli dwie wdowy i dwójka dzieci dostaliśmy się na mała wioskę Dobora, jako czteroosobowa rodzina. Było tam bardzo biednie, drobne rolnictwo, górzyste tereny. Najgorsze było jednak to, że tamtejsi ludzie krzywo na nas patrzyli. Mówili między sobą, że jesteśmy wygnańcami, że musieliśmy coś Niemcom przeskrobać i nas wygnali! Nie wierzyli, że można kogoś tak skrzywdzić i okraść bez powodu! Chociaż nam wójt mówił, że dostaniemy trochę żywności od tutejszych gospodarzy, że mają nam dać mleko, co dzień ktoś inny, i że po żniwach mają zebrać zboże po parę kilo dla nas, ale kto ich mógł do tego zmusić? Tylko sołtys i jego zastępca zebrali 25 kg żyta. Po mleko to ja sama musiałam chodzić i prosić. Kto tego nie doświadczył ten nie rozumie, jakie to jest przykre i gorzkie? Jak smakuje mleko zakrapiane łzami? Gdy chodziłam od jednego domu do drugiego i mnie z zniczem odprawiano, wtedy szłam i płakałam do tego dobrego człowieka, podsołtys, który miał serce i współczuł nam. Tam zawsze mi dali cos do jedzenia, chociaż kawałek chleba. Były tam 3 córki, najmłodsza w moim wieku, ich mama była niemową, bardzo dobra kobieta, jej mąż to właśnie podsołtys, publicznie nas bronił przed całą wioską, kiedy na zebraniu krzyczeli,” te kobiety powinny pracować!”To on im mówił: „A czy daliście tym panią pracę?, czy one nie chcą pracować?, one chcą i umieją, tylko im tę prace dajcie!” Wtedy zamilkli wszyscy. Od tej pory przestali na nas psioczyć, wkrótce się też przekonali żeśmy niczemu nie zawiniły, ponieważ we wrześniu 40 roku przywieźli drugą grupę wysiedlonych i z tego powodu zrobił się jeszcze większy głód i bezrobocie. --------------------------------------------------------------------------------------------
CZĘŚĆ III
A teraz o nas. Dręczyły nas myśli, bo nie wiedzieliśmy co się z moimi braćmi dzieje, a oni nie wiedzieli co się dzieje z nami. Aż jednego razu napisałam list do naszych sąsiadów Balceraków, którzy jeszcze nie byli wysiedleni. Na szczęście moi bracia również tam napisali, więc takim sposobem tamci zaraz posłali im nasz adres i po pewnym czasie moi bracia napisali do nas! Jaka to była radość, że choć rozrzuceni a jednak się odnaleźliśmy. Dowiedzieliśmy się, że żyją w okolicy Hanower, pracują w gospodarstwach i nie są głodni. Dostali rzeczy na przebranie, ten młodszy z braci Czesław bardzo szybko opanował język niemiecki i mógł się z gospodynią rozmówić. Opowiedział jej przebieg wysiedlenia- to ona nie mogła tego pojąc, jak to możliwe i dlaczego to robiono. Była to uczciwa kobieta, religijna, może ewangelickiego wyznania. W ten sposób Ci dwaj bracia pracując w gospodarstwach przeżyli do końca wojny. A z tym bratem, który był na wojnie i rzekomo bomba go rozerwała to było tak:, Kiedy nas wysiedlali i już wsiadaliśmy na wóz, przyjechał niemiecki listowy i przywiózł kartę pocztową, wydrukowaną po niemiecku z dopiskiem po polsku, że Antoni W. jest i żyje w niewoli niemieckiej- obóz „Stallag” i jakiś numer oraz data 12 grudnia 1939roku. Brat Antoni w jenieckim szpitalu polowym stojący od prawej.
wojtysiak antoni w niewoli 1
Kto tu mógł być pewny, że po prawie sześciu miesiącach on żyje! Jedno było pewne. Nie zginął od bomby, tylko był w niewoli, poza tym nic i tak nie mogliśmy zrobić, bo wywieźli nas w nieznany świat, nie wiadomo, dokąd i nawet nie wiedzieliśmy czy będziemy żyli? Ale on prawdziwie był ranny i bardzo był chory. Gdy tylko, jako tako przyszedł do zdrowia, na dzień zawozili ich do gospodarzy a na noc zabierali do obozu. Kobiety były same z dziećmi i musiały prowadzić gospodarstwa, gdyż wiadomo mężczyźni byli na wojnie. Tak, więc mój brat pracował u takiej kobiety, która miała cztery córki. Była to rodzina rzymsko-katolickiego wyznania, tam zawsze dostawał bardzo dobre jedzenie, dzięki temu odzyskiwał zdrowie i siły. Był traktowany jak swój, pracował w gospodarstwie, bo umiał to dobrze robić. Ale był rozkaz odgórny, że każdy Polak musiał nosić na ubraniu w widocznym miejscu literę „P”, aby Policja od razu wiedziała, kim jest ten człowiek. Przy jednym stole z Niemcami nie wolno mu było siadać, więc z tego powodu mojego młodszego brata, o którym pisałam, że miał dobrą gospodynię, spotkał przykry incydent: Kiedy jadł obiad przy jednym stole razem z niemiecką rodziną a wszedł policjant i to zobaczył to tak go uderzył w twarz, że ten upadł. A ta gospodyni, która była młodą kobietą, miała sześcioletniego synka i męża na wojnie, była chora na serce, aż zemdlała podczas tego zdarzenia. Pogotowie musiało ją zabrać do szpitala, a dziadkowie (jej rodzice), którzy tam zostali bardzo przezywali, że ich córka jest w szpitalu i to przez tak nie ludzkie traktowanie człowieka… Tam w Niemczech była nawet bardziej dramatyczna historia: Otóż moi bracia byli w powiecie Hanower. Pewnego razu Niemcy zebrali wszystkich pracowników, Polaków oraz innych różnych narodowości z całych okolic. Przewieźli ich samochodami do tego miasta na rynek: Tam była postawiona szubienica i odczytany został wyrok na młodego, ładnego chłopaka, oczywiście Polaka, który został skazany na kare śmierci przez powieszenie za to tylko, że zakochał się w niemieckiej dziewczynie.
egzekucja
„A wy macie na to patrzeć!”, mówił im oprawca. „I niech wam się nie zachciewa niemieckich kobiet!”. Takie to było wielkie przestępstwo, chociaż dziewczyna była prawdziwie zakochana to nie miało znaczenia. Gdzieś czytałam, że dziewczyna o której wspomniałam ma dzisiaj 82 lata, gdy opowiada o tej historii, kryła twarz w dłoniach. Tamte wydarzenia zmieniły całe jej życie, a młodego mężczyznę skazała na śmierć. Kobieta wstydzi się, mimo że urzędnik gestapo sam wymyślił jej rzekome zeznania i biciem zmusił ją do podpisania protokołu. Jej opowieść zgadza się z tym, co opowiadali mi bracia. Mimo błagań i rozpaczy dziewczyny stracili go i koniec. Było dużo takich drastycznych historii. Ja nawet w Topólce wiedziałam o dwóch takich zdarzeniach. Znałam tych ludzi, nie były to tak „pokazowe” sytuacje jak tam w Niemczech, jednak zawsze ginęli najładniejsi, młodzi chłopcy. Wrócę jeszcze do tematu wysiedlania. W naszej gminie następne wysiedlenie odbywało się pod koniec sierpnia. Ludzi wywożono w województwo lubelskie. Były tam ziemie urodzajne a ludność zamożniejsza. Robili tak w miarę jak im przybywało imigrantów z Wołynia, Białorusi i Ukrainy czy też innych czarno-morskich krajów. Obsadzali ich po tych właśnie Polakach, jeżeli to byli drobni rolnicy to łączyli dwa, trzy, a nawet i cztery gospodarstwa w jedno, a tam gdzie był ładniejszy dom i lepsze zabudowania to zamieszkiwał Niemiec, a w tych lichych to mieszkali ci, co musieli u nich pracować. A gdzie był całkiem ładny dom i 30 ha ziemi to obsadzali jakiegoś wysokiej rangi komisarza: Tak właśnie było na mojej wiosce u sąsiadów Kralskich, parę tygodni po naszym wysiedleniu przyjechał samochód, zabrał ich tak jak stali i zawiózł od razu na pociąg, w którym jechali wysiedleńcy właśnie z województwa lubelskiego w okolice Puław. A zaraz potem przywieźli z walizkami jakiegoś bardzo ważnego komisarza, który był „Bogiem” na całą gminę, wszedł we wszystko a ludzie od razu musieli na niego pracować. A teraz opowiem dalszy ciąg tej naszej tułaczki, naszego pobytu w kieleckim. Jak już wspomniałam, panował tam coraz większy głód, napływało coraz więcej wysiedlonych i rozmaitych uciekinierów, szczególnie Żydów. Niemcy dawali nakaz wójtowi, żeby wysyłał jakiś tam kontyngent młodzieży do roboty do Niemiec, ale mało, kto godził się dobrowolnie wyjechać. Odbywały się, więc łapanki w nocy, to szybko sobie dawali znać i wszystko uciekało do lasu, było tam też wiele górzystych terenów. Mój brat pracował u jednej, bogatej pani, która miała domy w mieście, a w nich lokatorów. Miała konia, brat go futrował, musiał mu ręcznie kroić sieczkę, uprawiał też kawałek ziemi gdzieś za miastem. Z racji tego, że trochę zarobił, mama kupiła mu koszulę, buty i kurtkę na zimę. Ale przed Bożym Narodzeniem przyszli w nocy jacyś zamaskowani oprawcy, zabrali tą kobietę i zginęła bez wieści. Niewiadomo, kto, gdzie i jak- zginęła, nawet nie było z tego powodu żadnego dochodzenia. Mój brat został bez pracy i bez żadnych środków do życia. Ale opatrzność Boża czuwała nad nami, bo akurat na same święta Bożego Narodzenia otrzymaliśmy list od brata Antoniego tego, który był w niewoli. Odnalazł nas przez czerwony krzyż. O jak bardzo się ucieszyliśmy i dziękowaliśmy za to Bogu! Było też tam zdjęcie grupowe,
wojtysiak antoni2
Antoś stoi drugi od lewej strony. Pisał ze jest teraz na stałe u tej gospodyni, coś tam podpisał i nie ucieknie i będzie pracował, a chciał pracować, żeby móc nam pomagać. Było to w miejscowości Hestern ubew Geldern- nie wiedziałam gdzie to jest, ale wiedziałam, że była tam miejscowość Kalwaria. W danym województwie było to miejsce kultu rzymsko – katolickiego. Szły tam pielgrzymki z różańcem w ręku i może tam był, bo mi przysłał cudowny medalik Matki Bożej z Kalwarii. To on właśnie pisał, że gospodyni jest katoliczką i że ma bardzo dobrze i jedzenia pod dostatkiem. Wtedy ten mój brat najmłodszy chciał jechać do Niemiec, mówił: „Wole jechać do Niemiec niż tutaj cierpieć głód…”. Ale niestety z tego głodu zapanowała choroba zakaźna- tyfus. Ludzie zaczęli masowo chorować i umierać, najwięcej Żydzi. Tę szkołę w Sławnowie zamieniono na szpital, nasz znajomy wysiedlony dostał tam pracę, a mój brat dostał środki dezynfekujące i musiał kropić wszystko. Tych co przywozili chorych, tych co zabierali nieboszczyków i co przywozili jedzenie…Wtedy to Niemcy nie chcieli brać transportu aż zaraza ustanie. Ale zaraza nie tylko nie ustawała, lecz stanowiła coraz większe zagrożenie. Dlatego też już po nowym roku czyli w 1941, któregoś kwietnia, mama rozmawiała w urzędzie gminy z wójtem, który radził wyjechać w swoje strony, bo tutaj robiło się coraz gorzej… -------------------------------------------------------------------------------------------
CZĘŚĆ IV
Wójt dał nam nawet takie pismo- wymeldowanie, chociaż było ono bez znaczenia, bo napisane po polsku, ale zawsze to jakiś papier był. Mama przygotowała wszystko do drogi. Mieliśmy trochę pieniędzy, bo bracia przysłali nam swoje zarobione marki. Dostaliśmy po 2 złote za jedną markę, na czarnym rynku byśmy dostali dwa razy tyle, ale co było robić. Czas naglił do ucieczki. Musieliśmy się wynieść po cichu, bo była kwarantanna. Gdy mama powiedziała na wiosce tym ludziom, co u nich mieszkaliśmy, że wracamy w swoje strony, to się bardzo ucieszyli, że nie będziemy im już ciężarem i nawet zaproponowali nam furmankę. Powiedzieli, że odwiozą nas na połowę drogi do Częstochowy. Wyruszyliśmy bardzo rano, tak około drugiej godziny dojechaliśmy do miejscowości Żarki. Akurat tam rozdawali zupę dla bezdomnych i głodujących, więc my również skorzystaliśmy z tego posiłku, za co Bogu niech będą dzięki, bo nas dalej czekała wędrówka piesza. Mama miała adres do jednej pani spod Częstochowy, która nam powiedziała, jak się sprawy mają. Była tam ciasnota, ale zostaliśmy, żeby choć trochę odpocząć. Gdy się rozwidniało, wyszliśmy na Jasną Górę, żeby zdążyć na odsłonięcie cudownego obrazu. Był to maj, miesiąc maryjny, podążaliśmy tam razem z inwalidami wojennymi i żebrakami. Żebrząc i prosząc Matkę Najświętszą o siły, opiekę i wsparcie.
Wzmocnieni i pokrzepieni na duchu szliśmy dalej w nieznane. Musieliśmy obchodzić miasto, aż przed wieczorem dotarliśmy na wieś Wielkie Bory, z której wiodła droga już tylko przez granice protektoratu. Mama załatwiła kartkę od sołtysa na nocleg, ale co z tego, jak i tak nikt nie chciał nas przyjąć. Było tam pełno takich ludzi jak my i jeszcze tych, co chodzili na handel w jedną i drugą stronę. My zaszliśmy do miejscowej szkoły, w której zamieszkiwały cztery rodziny wysiedlonych z Aleksandrowa Kujawskiego. Ci ludzie jak usłyszeli, że my również jesteśmy z Kujaw, to już nas nie wypuścili. Dali nam kącik, żeby odpocząć i doradzili, że dalej iść najlepiej rano o w pół do szóstej. Teraz wieczorem to wracają ludzie z żywnością, więc Niemcy, jak im się chciało, to polowali na nich i odbierali im towar. Mama od tych ludzi dowiedziała się wszystkiego, jak wygląda to całe przejście przez granice protektoratu, więc tak zrobiliśmy, jak nam poradzili. A byli też tacy, co chcieli pieniądze za to, że nas przeprowadzą…Kiedy więc przyszło rano, wszyscy ruszyli tak szybko, że nie mogliśmy za nimi zdążyć. Wyszliśmy na szosę, która prowadziła do Kłobucka, wtedy aniśmy się spoździeli, jak zostaliśmy sami. Bo wszyscy się rozpierzchli, każdy w swoją stronę, bo znali dobrze te tereny. Kawałek dalej nad szosą widać było chatkę, więc poszliśmy tam, bo gdzie były ładne domy, to wszędzie byli Niemcy. Za tą chatką położyliśmy bagaże, żeby odpocząć, i w tym momencie szosą przejechali esesmani na motorach. Dzięki Bogu zasłoniła nas Pani Jasnogórska. W tym domku otworzyli nam, mogłyśmy się pożywić, bo okazało się, że jest to taki zamknięty sklepik. Mogliśmy zaopatrzyć się tylko w kaszę, chleba nie było, bo był na kartki. Musieliśmy iść do Kłobucka. Doszliśmy tam przed wieczorem na stację kolejową. Mama dowiedziała się, że trzeba mieć specjalną przepustkę, bo ten pociąg przejeżdża przez granice protektoratu, więc musieliśmy iść do Krzepie, miasta oddalonego 18 kilometrów, a tu zbliżał się wieczór. My nie mieliśmy noclegu. Na skraju Kłobucka była tam taka knajpa, w której rozmawiali po polsku, więc mama poszła się spytać o sołtysa, a jeden pan dosyć ładnie ubrany ostrzegł mamę: „Co pani robi!? Tu są wszędzie Niemcy!” Mama szybko wyszła i poszliśmy prosto przed siebie. Po chwili jakiś pan wyszedł za mamą i powiedział, żeby iść dalej tą dróżką w pole, tam jest chata w której jest jego żona, matka i jakieś małe dzieci. Wtedy mama powiedziała, żeby ten pan szedł z nami, ale on mówił twardo, że jeszcze musi zostać, wróci dopiero późnym wieczorem z synem. I cóż było robić, trzeba było skorzystać z tej gościny, bo już się na dobre ściemniało… Była rzeczywiście niedaleko ta wspomniana chatka. Pukamy do okna, kobieta wylękniona, boi się nam otworzyć, mówi: „Mąż może wrócić pijany”. Ale mama jej powiedziała: Niech się pani nie boi, właśnie on nam kazał tu przyjść. Więc nam otworzyła. Przynieśliśmy trochę słomy, żeby się położyć i odpocząć. Około dwunastej wrócił mąż pijany z synem o dziwo! Zachował się spokojnie. Rano mama ugotowała kaszkę, kobieta dała nam trochę mleka do kaszy. Chyba mieli krowę? Posileni wyruszyłyśmy w drogę do wspomnianych Krzepie. Tam przed miastem po prawej stronie był cmentarz, weszliśmy w bramę, żeby porozmawiać za parkanem z kobietami, które coś tam robiły. Trzeba było zasięgnąć języka, gdzie by tu można było kupić chleba czy coś do jedzenia. One same były biedne, nie mogły nam nic ofiarować. Wtedy znów na motorach przejechali żandarmi! Jedna pani nam powiedziała: „Tam z drugiej strony szosy niedaleko, widać łączkę i taki dość zadbany domek, tam mieszkają bardzo dobrzy starsi ludzie”… Mówiła nazwisko, ale nie mogę sobie przypomnieć – „ i oni pieką swój chleb, tutaj jest chleb tylko na kartki, na pewno was poratują, niech dzieci idą, a panie tu zostaną na cmentarzu”. Tak też zrobiliśmy. Poszłam tam z bratem, dostaliśmy obiad i coś do picia. Kazali też przyjść mamie i tej przybranej babci. Dali nam chleba, swojskiego pieczywa, który nam tak smakował, jak najlepszy placek na święta i jeszcze dogadaliśmy się, że ich syn był narzeczonym mojej nauczycielki, Stanisławy Uklejewskiej, wychowawczyni z Topólki. Byli to prawdziwie dobrzy ludzie, ten młody człowiek sam pojechał rowerem dowiedzieć się czy będziemy mogli jechać pociągiem i o której godzinie. Pociąg był o czwartej rano, i że dopiero na pół godziny przed odjazdem pociągu trzeba iść po bilet. Tak więc mogliśmy u tych ludzi odpocząć, bo nie trzeba było się spieszyć. Przyjęli nas jak najlepszą rodzinę. Byli ludźmi bardzo religijnymi, gdy odchodziliśmy, życzyli nam Bożej opieki. Ich syn osobiście nas przeprowadził przez miasto, jak najbliżej stacji kolejowej i wskazał nam jedno mieszkanie, w którym będziemy mogli poczekać do przyjazdu pociągu. Mieszkała tam samotna kobieta, która nas przyjęła. I tak doczekaliśmy się godziny odjazdu pociągu. Była to podróż z czterema przesiadkami: w Kępnie, Jarocinie, Gnieźnie i Inowrocławiu. W Kępnie mieliśmy 5 minut, trzeba było się spieszyć, żeby przejść na górny peron. Przy wejściu stał żandarm i kontrolował przepustki, a my obok niego przeszliśmy jakby nas nie widział. Czy tu również Matka Najświętsza nas zasłoniła? – Być może?- W Jarocinie postój był dwie godziny, tam nam ludzie powiedzieli, że w jednym miejscu można kupić chleba bez kartek. Zaraz pobiegliśmy z bratem, stanęliśmy w kolejce i kupiliśmy po bochenku chleba, wody nabraliśmy z kranu i już nie byliśmy głodni. W Gnieźnie staliśmy pół godziny, za to w Inowrocławiu było bardzo krótko. Tam też mama pozwoliła mojemu bratu wysiąść i zostać. Poszedł do najstarszego brata Stanisława, który pracował na majątku w Rąbinie. Tam też został przyjęty jako pomocnik do obory. A my zajechałyśmy na naszą stację Zaryń,
PKP Zaryń
była już dziewiąta godzina wieczorem. Trudno było znaleźć Polaków żeby zanocować. Wszędzie mieszkali Niemcy. Tylko w jednym miejscu usłyszałyśmy za oknem rozmowę po polsku, toteż śmiało pukałyśmy. Oni się bardzo bali, że w każdej chwili mogą ich wysiedlić, więc poszliśmy do stodółki, żeby tam odpocząć. A rano czekała nas podróż pieszo do Topólki.
CZĘŚĆ V
Jak doszliśmy do Topólki to nas uderzył przykry widok, brak było naszej pięknej figury Matki Bożej, która stała na środku skrzyżowania. Postawiona była na pamiątkę odzyskania niepodległości Polski. I mimo woli łzy z oczu same popłynęły i wyrwało się pytanie dlaczego, Boże!... Dlaczego?! Co ta figura zawiniła, że ją rozwalili?
figurka w Topólce
I te wszystkie krzyże i kapliczki przydrożne, które były stawiane dla upamiętnienie jakiegoś bardzo ważnego wydarzenia, w czym one zawiniły i przeszkadzały Niemcom..? Nikt ich nie zliczył ile ich było. Również wszystkie kościoły pozamykane, przeznaczone na magazyny i stajnie. Parkany porozbierane, dzwony pozabierane na złom, przerobione na armaty, a księży powywożono do obozów i łagrów na zatracenie. Cóż oni takiego zrobili? Przecież byli bezbronni. Należy przypomnieć i takie przypadki okropne jak ten, który się wydarzył w Osięcinach. Było dwóch księży, starszy wiekiem proboszcz i młody wikariusz, mama ich osobiście znała. Przyszli oprawcy w nocy, wyprowadzili i gnali gdzieś w kierunku Witowa, całą drogę bili i tłukli bestialsko i tak zamordowanych porzucili w rowie jak największych złoczyńców! Czy ktoś wspomniał o zadośćuczynieniu za tyle krzywd, których miliony ludzi doznało w rozmaity sposób od niemieckich oprawców?! Dlatego też, niech nikt nie waży się porównywać krzywd Niemców wypędzonych do tych krzywd i cierpień, które myśmy ponosiliśmy… Prawdą jest, że zawsze niewinni cierpieli najwięcej. Ja piszę o tym wszystkim żeby przyszłe pokolenia wiedziały jaka była prawda. I proszę nie zapominać o tym wszystkim, nie dla zemsty czy odwetu, ale dla historycznej prawdy i pamięci! Nie wolno zmieniać ani manipulować prawdą historyczną. Ta prawda historyczna powinna być przestrogą dla obecnych i przyszłych pokoleń.Tyle refleksji po tym co dowiedzieliśmy się i zobaczyliśmy w Topólce. Wracam do moich wspomnień. Był to dopiero 1941 rok, a my musieliśmy przeżywać pięć lat tego piekła. Mimo ze byliśmy tak blisko domu to nie mieliśmy gdzie się podziać. Ze łzami w oczach przechodziliśmy koło naszego domu, ale bałyśmy się wstąpić, bo tam panoszył się Niemiec. Więc poszliśmy dalej, po drodze zaszliśmy do sąsiada Balceraka, który nie był wysiedlony z Bielek. Chcieliśmy się dowiedzieć kto mieszka i co się nas dzieje. W naszym gospodarstwie mieszka Niemiec o nazwisku Kinas, podobno nie był złym człowiekiem. Z tobołkami, bez dachu nad głową, i zameldowania, nie mogliśmy znaleźć u Polaków żadnego mieszkania. Bali się, bo byliśmy uciekinierami, każdy żył pod strachem o swoją własną rodzinę. W końcu zatrzymaliśmy się u takich podobnych ludzi jak my, co Niemcy zabrali im gospodarstwo. Ludziom tym kazali iść gdzie chcą, bo tak czasem robili jak mieli jakiegoś niespodziewanego niemieckiego kandydata na gospodarstwo. Więc znaleźli sobie stare opuszczone budynki, ciasnota była duża, czworo małych dzieci, a mimo to nas przyjęli. Spanie miałyśmy w stodółce, a w między czasie mama szukała kąta bo zbliżała się zima, a nie miałyśmy dosłownie nic… Mama znalazła na małej wiosce Dąbek, nie daleko Dąbia Kujawskiego taką chatę z gliny . Chatka stała pusta, bo właściciel dostał pracę w majątku Stok, był dobrym mechanikiem i tam też mieszkał. Nie pamiętam jak się nazywał, ale był dobrym człowiekiem i pozwolił nam się wprowadzić. Mieliśmy już gdzie mieszkać. W pokoiku nie było okna, był tam taki piec popękany trzeba go było oblepić. Postarać się o rurę i fajerki*. Dostała też mama wapna od sąsiadki i mogła wybielić ściany. Udało się jej zdobyć stare żelazne składane łóżka i worki by zrobić siennik. O słomę nie było trudno bo były stogi i jakoś się urządziłyśmy. Blacharz z Lubrańca nas poratował, wprawiając dna do starych garnków i do miednicy żeby było w czym się umyć. Studnie mieliśmy blisko tylko nie było kołowrotka, musieliśmy ręcznie linką wyciągać wodę. I po wielkim trudzie mieliśmy gdzie zamieszkać na zimę. Teraz najważniejszy był opał. Chodziliśmy do lasu po chrust. Jakieś dwa kilometry, równocześnie zbieraliśmy grzyby, robiliśmy zapasy na zimę. Fornal* z majątku jako dla siebie wziął konie i przywiózł nam torfu, oczywiście mama mu zapłaciła bo mieliśmy jeszcze trochę marek od braci z Niemiec. Więc mogliśmy kupić jedzenie i trochę torfu. Gdzieś od ludzi kupiliśmy kaczkę czy kurę, czasem kawałek mięsa ze świni. Ziemniaki mama zarobiła u Niemca, bo miał niedaleko nas. Mama poszła kopać to kazał za to wziąć co dzień koszyk do domu. No i nieoczekiwanie nadeszła zima, dosyć szybko bo święta Bożego Narodzenia były białe zasypane śniegiem, był durzy mróz no i było, pamiętam ciągle ciemno, więcej nocy niż dnia. Nie było czym świecić, mieliśmy tylko świeczki, ale ile można było tak świecić. Były to dla mnie najczarniejsze chwile, musiałam pisać listy do braci przy świeczce. Bardzo prosili żebym dużo pisała, pamiętałam o każdych imieninach czy urodzinach, oni również pamiętali i wzajemnie żeśmy się pocieszali, że może się to piekło nie długo skończy, ale końca nie było widać, tylko mróz i mróz się nasilał, wszystko było zawiane śniegiem, ale i ten epizod z pomocą Bożą i dobrych ludzi się przeżyło…. Ludzie co w ich domu mieszkałyśmy, dali znać przez sąsiadkę, której mąż pracował w majątku, ze mama ma przyjść do roboty, więc poszła. Ta pani miała dwoje dzieci: 2 i pół i 5 lat, chciała żeby im coś mama uszyła lub przerobiła. Moja mama była uniwersalna umiała wszystko zrobić. Podobało się tej pani, więc przyszła i po mnie, obie tam pracowałyśmy, ja skubałam piórka na pierzynkę dla dzieci a mama szyła. Dawali nam trochę jedzenia, spaliśmy na sienniku, bo też było ciasno. Byłyśmy tam więcej jak dwa tygodnie i nikt nas nie widział, bo był mróz i zawieje śnieżne. To też nas uratowało przed zamarznięciem bo dzięki Bogu i tym ludziom przeżyłyśmy tam najgorszy okres zimy. Ale wreszcie musieliśmy wrócić do mieszkania gdzie było wszystko zamarznięte. Jeszcze parę razy mama szła coś komuś uszyć, to dostała trochę mąki na kluski albo kartki na wykupienie tłuszczu czy margaryny, kawałek mięsa, bo my nie mieliśmy kartek na żywność, ponieważ w Topólce urzędnik nie chciał nam podpisać karty meldunkowej żebyśmy mogły w gminie Lubraniec się zameldować, był tam taki biurokrata- Polak nauczyciel z Orla. Nie wiem dlaczego był taki podły i czego chciał, może łapówki? A przecież tam byliśmy wszyscy zameldowani, a on mówił, że nas nie ma, a przecież nikt nas nie wymeldowywał, po prostu Niemcy nas z naszego gospodarstwa wyrzucili i musieliśmy się tak męczyć… Aż przyszedł marzec 1942 rok, na wiosce Dąbek był jakiś spis i do nas też przyszedł sołtys Niemiec. Wydało się wtedy, że przebywamy tu nielegalnie i jesteśmy nie zameldowane, więc ten Niemiecki sołtys zgłosił to na policję. Na drugi dzień mama dostała wezwanie na posterunek do Lubrańca na godzinę 8 rano… Z tego względu napisałam mamie adresy wszystkich braci, szczególnie tych, którzy pracowali w Niemczech i miała mama prosić żeby nas tam zawieźli do pracy obok nich. Lepsze to niż iść do więzienia. I w imię Boże mama poszła, a ja zostałam sama. Modliłam się i płakałam. Przyszedł ten Niemiecki sołtys sprawdzić czy mama poszła, powiedział, że mamę zamkną do więzienia. To jakby mnie ktoś z nóg ściął, nie mogłam słowa przemówić. Zbliżał się wieczór, a mama nie wracała. Dwie sąsiadki, które mnie odwiedziły, pocieszyły jak mogły, ale mówiły, że mama trafi na pewno do więzienia. Dlatego płakałam jeszcze bardziej… Około godziny 10 przyszły jeszcze raz- a mamy wciąż nie było! One się też martwiły, gdyż bały się, że również po nie mogą przyjść i je aresztować z tego powodu że nam pomagały. Myślałam, ze się świat zawali. Do tej pory byłyśmy zawsze we dwie. Mamie było ze mną dobrze, i mi z mamą także. Chociaż w biedzie i niedostatku, ale razem dźwigałyśmy tą niedole. A teraz gdyby mamy zabrakło…? Ten kto stracił wcześnie matkę to zrozumie jaki to jest ból! Nie było mowy o spaniu ani o jedzeniu i tylko tak siedziałam cichutko, modląc się i nasłuchując…
CZĘŚĆ VI
Wreszcie mama wróciła, było już sporo po 11 wieczorem, puścili ją dopiero koło 10 godziny, szła piechotą siedem kilometrów do domu, ciemna noc była ledwo trafiła, bo nigdzie ani światełka nie było widać. Przyszła wystraszona, ze łzami w oczach i obie się rozpłakałyśmy, mówiła przez łzy że był to sąd ostateczny, to co tam przeżyła to było niekończące się przesłuchanie, kilkanaście razy wzywali ją na tłumaczenie, nie mogła się pomylić zawsze to samo musiała mówić, nie mogło być żadnego potknięcia, bo ten komendant żandarmerii słynął z tego, że stosował okrutne tortury, bił gdzie popadło, gdyby ktoś się pomylił lub próbował kręcić. Mama jednak nie oberwała. Stale ją pytali ile zarabia i czy ma jakichś przyjaciół, kto jej pomagał. Szczególnie mamę ratowały te adresy synów, którzy zostali wywiezieni na roboty do Niemiec Czesiu, Zygmunt i Antoś
wojtysiak zygmunt antoni i czeslaw
Najprawdopodobniej wszystko sprawdzali i dlatego mamę tak długo trzymali. Ale jednak wróciła, dzięki Bogu i świętemu Antoniemu, w którego pomoc mama bardzo wierzyła, ponieważ mieliśmy ze sobą taki mały , owalny obrazek, pamiątka po Babci i krzyżyk, który mama zdjęła ze ściany jak nas wysiedlali i włożyła do podręcznego koszyczka. To był nasz cały skarb, wierzyliśmy, że nas nie opuści i wyprowadzi z każdej opresji i nieszczęścia
św.Antoni do wspomnień
Bo św. Antoni w każdej potrzebie pomoże, pocieszy i w każdej niedoli na ratunek spieszy. A teraz z perspektywy minionych lat wracają wspomnienia i myśli. Zastanawiam się, oceniam wszystko i to mnie samej aż trudno uwierzyć, jak mogliśmy przeżyć ten koszmar przez tyle lat… Po powrocie z aresztu w niedziele mama odwiedziła sąsiadkę z którą kiedyś kopała ziemniaki u Niemca, i tam spotkała jej siostrę, starszą pannę Zosię. Pracowała ona u takiej gospodyni co miała czterech synów, od 5, 9 i 13 lat, a czwarty najstarszy z nich był w wojsku. Kobieta ta potrzebowała kogoś, kto umiałby szyć na takiej maszynie na ręczną korbę
masyna do szycia
więc mama zaraz z nią poszła. A było to za Lubrańcem w okolicach Milżyna. Gospodyni ta była rozsądna i dobra kobieta, bardzo sobie z mamą przypadły do gustu. Rodzina ta była przesiedlona z Wołynia, wyznania ewangelickiego, umieli dobrze po polsku, dzieci jej były grzeczne, na mamę moją mówiły babcia. Zła była tylko kwestia mieszkania, ale mieli oni przyłączoną połowę gospodarstwa po wysiedlonych Polakach i połowę mieszkania. A druga połowę miał Niemiec. Było tam jeszcze takie małe mieszkanko, puste, bo zmarła jakaś babcia, to też gospodyni zaraz powiedziała Zosi, żeby tam posprzątała, a chłopaka w konie wozem wysłała z mamą po nasz dobytek. Dużo tego nie było to też prędko się zebraliśmy. Opatrzność Boża tak zrządziła, żeśmy się wydostali z tej glinianki, która groziła zawaleniem, do trochę lepszego mieszkania , no i do bardzo dobrych ludzi. Mama im powiedziała, że nie mamy kartek na żywność, bo nie jesteśmy zameldowane, dlatego że nas tam w Topólce nie chcą wymeldować. Na tą wiadomość Niemiec powiedział: „Co to jest! Ja pojadę tam z Panią”. Ale gospodyni stwierdziła, będzie lepiej jeśli ona z mamą pojedzie, więc tak się właśnie stało. Obie udały się w konie do Topólki. Gospodyni poszła najpierw sama, wykłóciła się z tym urzędnikiem po niemiecku a później też i po polsku, na co urzędnik powiedział, aby mama sama przyszła, ponieważ myślał, że mamy nie ma, a gospodyni wyszła i mamę zawołała. Wielkie było jego zdziwienie, że musiał zaraz podpisać zgodę, wtedy gospodyni powiedziała mu parę brzydkich, marnych słów, że jest wrednym i podłym człowiekiem! Czy to nie wstyd, że Polak Polakowi nie bratem a wilkiem? Po tym wszystkim, gospodyni od razu pojechała nas zameldować w Lubrańcu i dostałyśmy kartki na żywność, chociaż nie było tego dużo ale można było za to żyć. W porównaniu z tym co przeżywaliśmy to teraz była sielanka… . Ludzie Ci mieli buraki do przerywki, robiliśmy razem na polu, gospodarz rozmawiał z nami po polsku, żartował. Nadeszły żniwa, wtedy tez pomagałyśmy, duża maszyna młóciła tylko żyto, a resztę zbóż młócili kastrą* w stodole, napędzaną manyrzem* w konie.
XXXX
Nie mieli dużo ziemi bo tylko 15 ha, a mieszkanie było razem z budynkiem. Zawsze im z mamą pomagałyśmy, jadłyśmy to co oni, i razem z nimi, gdzie kto mógł to usiadł, bo było ciasno. Były tam trzy dziewczyny, jedna młodsza ode mnie, sierota oraz druga dziewczyna o rok starsza no i wcześniej wspomniana Zosia i jeden chłopak. No i oczywiście ja z moją mamą, ale można powiedzieć, że czuło się tak jakbyśmy tworzyli jedna rodzinę. Na zimę dostaliśmy przydział 500 kg węgla. Było by dobrze, gdybyśmy w taki sposób mogli przeżyć do końca wojny… . Ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy, nawet szybciej niż się spodziewaliśmy . Nastał rok 1943, a ja kończyłam w styczniu 14 lat i zaraz się o mnie upomniał Niemiec z Kłobi, jako pomoc do dziecka , w marcu dostałam wezwanie, żeby się tam zgłosić. Z miejsca, w którym mieszkałyśmy było tam ok. sześć kilometrów. Cóż było robić, musiałam iść bo i tak policja by po mnie przyszła. Muszę dodać, że ta gospodyni i jej mąż nie puścili by mnie, ale byli zszokowani kiedy się dowiedzieli, że ten Niemiec do którego mam iść jest ważnym komisarzem i do tego hitlerowcem, więc oni sami się go bali. Ja sądziłam, że jeśli chcą mnie do dziecka to nie będzie tak źle. Ale okazało się gorzej niż źle. Niemiec ten był komisarzem, miał władzę na pół gminy Lubraniec, wzywano go gdy Polak był nieposłuszny. Miał prawo wtedy bić, a nawet zabić, chociaż był już nie młody. Jego żona kulawa z kijem chodziła, i umiała pracowników za byle co nim w łeb walić. Przybyli oni na pewno z Ukrainy bo zdradzała ich mowa. Ludzie tam byli hitlerowcami, wierzyli w Hitlera bo „dzień dobry” nie uznawali tylko „Hail Hitla!”. Była też młoda pani- ich córka, której dzieckiem miałam się opiekować. Mąż jej był na wojnie, a ona sama z dzieckiem. Był to bardzo ładny pięciomiesięczny chłopczyk, ale niestety chorowity. Nie pomagało wożenie w wózeczku ani noszenie na rękach, był już raz w szpitalu, ale to nie wiele pomogło, bo miał jakąś genetyczną, nieuleczalną chorobę. A gospodarstwo było duże, po pewnym Polaku, jedno największe i jeszcze dwa mniejsze były dołączone, wszystkiego miał 50 ha. Było tam 7 koni i 30 krów do dojenia ręcznego oprócz jałowizny i 60 świń. Do krów był wynajęty chłopak, który je futrował i doił pomagały mu jeszcze dwie dziewczyny Maryszka młoda i Maryszka stara, z racji tego, że musiały również doić krowy. Wstawały o 4 rano, bo doili krowy 3 razy na dobę. Było nas czworo pracowników, którym dawano jeść, a reszta robotników to jest 3 biedne rodziny, które mieszkał po polskich wysiedleńcach. Mężczyźni z tych rodzin musieli też przychodzić o 4 rano, konie futrować i czyścić- zimą czy latem, nie wolno się było spóźnić, bo gospodyni potrafiła stać przy furtce i zaraz kijem przez łeb . Ona tego pilnowała bo mąż jej miał konia, bryczkę i często wyjeżdżał w teren bić nieposłusznych i poskramiać robotników. Do takich to ludzi dostałam się do roboty i ja. Dla mnie to była zmowa koszmarów.
Komentarze
nikolcia dnia 08. sierpień 2010 22:18
czekamy na dalsze części! opowiadanie bardzo wciąga i daje dużo do myślenia...
wojkasi dnia 14. sierpień 2010 10:06
Mialem to szczescie osobiscie znac autorke(moja ciocie) i zawsze z zapartym tchem sluchalem jej opowiesci. Dobrze ze ocalaly.
Dla autorow tej strony wyrazy uznania i zachecam do kontynuowania.
Kazimierz Wojtysiak
z Dortmundu
nikolcia dnia 09. październik 2010 21:17
bardzo ładne rysunkismiley kto je rysuje? smiley zachęcam do wstawiania większej ich ilości smiley pozdrawiam
chlopzbielek dnia 11. październik 2010 10:40
Zwłaszcza ci esesesmani są świetni. Pozdrawiam rysownika.smileysmileysmiley
jakazupa dnia 16. maj 2011 14:23
Wciągające opowiadanie! Wielkie uznanie dla autora tekstu jak również dla rysownika J.I.
Pozdrawiam autora i rysownika.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Świetne! Świetne! 100% [4 Głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [Żadnych głosów]
Dobre Dobre 0% [Żadnych głosów]
Przeciętne Przeciętne 0% [Żadnych głosów]
Słabe Słabe 0% [Żadnych głosów]
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

soltys
08. luty 2020
Stanisławie to była super zima. Szkoda tych czasówsmiley Nakopaliśmy się w śniegu ale było fajniesmiley

stasinel
25. grudzień 2019
Miłego świętowaniasmiley Pomyślności w Nowym 2020Rokusmiley pozdrawiam Staśsmiley

stasinel
09. maj 2019
Witaj! Cieszymy się z każdego nowego gościasmiley Zapraszam do współpracysmiley Miłego wałęsania się po Bielkachsmileysmiley

nowy
09. kwiecień 2019
Jestem nowym nabytkiem Waszej wsi, a teras już mojejsmiley Ciekawie tu sobie żyjeciesmiley

stasinel
28. grudzień 2018
Dzięki za życzenia Dziadkusmiley No i szczęścia w Nowym Roku od Nassmileysmiley

dziadek
22. grudzień 2018
Chyba nie jest aż tak żle. ciekawie żyjemy na tych Bielkach. Wesołych Świąt kochani.

stokrotka
22. grudzień 2018
No, no!! Mikołaj komuś grozi smileyCiekawe kto na Bielkach nabroił najwięcejsmileysmiley

aga30
04. grudzień 2018
OOOjej!! Jakim jestem ważnym gościemsmiley

stasinel
06. listopad 2018
Witaj Aga30!!!! Jesteś naszym złotym jubilatemsmileyt.z 50 gościem na naszej stronie. Bardzo proszę rozgość sięsmileysmiley

xawery
03. listopad 2018
Piękną macie jesieńsmiley Gratulujęsmiley Po wyborach coś Ci napiszę, oczywiście na meilasmiley

Archiwum

Copyright © 2006

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl